Klopsiki i Inne Zjawiska Pogodowe – dobre te klopsy?

Długo się zastanawiałem, co o tej produkcji napisać. W Internecie można odnaleźć same pozytywne opinie dotyczące tej animacji, jednak mi osobiście nie przypadła ona do gustu. Nie chodzi tu jednak o oprawę audiowizualną oferowaną przez wytwórnię Columbia Pictures, ale o sam scenariusz, który zgodnie z tytułem animacji można porównać do jedzenia – jest to niejako odgrzewany kotlet utworzony z motywów, które już gdzieś były wykorzystane. Nie są to jednak nawiązania do klasyków kina, których de facto i tak dość sporo można wychwycić podczas seansu, ale schemat, który istnieje w kinie od niepamiętnych czasów. Ot, dzieciństwo pełne marzeń, trudne dorastanie po śmierci matki, niezrozumienie przez świat, niespodziewany sukces, katastrofa i oczywiście ratunek przed katastrofą zapewniony przez jej sprawcę. Nie mogło też zabraknąć wątku miłosnego, gdzie na końcu wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Standard?

Oglądając film cały czas miałem wrażenie, iż Sony Picture Animation za wszelką cenę chciała dorównać zarówno Dreamworks Animations, czy chociażby Studiu Animacji Pixar. Nie można im odmówić tego, iż ich filmy fabularne z wytwórni Columbia Pictures stoją zazwyczaj na wysokim poziomie, ale jednak animacje niekoniecznie… Najlepszym tego przykładem są właśnie „Klopsiki (…)”.

„Nie, cebuli nie mamy, ogry nie były jak cebula”…

Zacznijmy może od krótkiej fabuły filmu, której podstawę stanowi postać Flint Lockwood’a, który od dzieciństwa marzył o tym, aby stać się sławnym naukowcem, a jego najlepszym przyjacielem był laboratoryjny fartuch. Jedyną osobą, która oprócz Flinta wierzyła w spełnienie jego marzeń była matka, która niestety umarła zostawiając syna z ojcem. W tym momencie pojawia się konflikt pokoleń na linii ojciec-syn, gdzie rodzic za wszelką cenę chce, aby jego dziecko pracowało w miejscowym sklepie z sardynkami, z których niegdyś słynęła cała wyspa dopóki świat nie uświadomił sobie jak złe są sardynki (cokolwiek by to nie znaczyło…). Ludzie stracili w związku z tym pracę, a podstawą ich wyżywienia stały się tylko i wyłącznie sardynki pod każdą możliwą postacią. I w tym momencie pojawia się kolejny wynalazek niedoszłego naukowca po butach w sprayu, ptakoszrzurach, czy urządzeniu przekształcającym małpie myśli w słowa – maszyna przemieniająca wodę w produkty spożywcze, który przy próbach jego wprowadzenia doprowadza wyspę do katastrofy. Finalnie znienawidzony przez wszystkich Flint spotyka Sam Sparks, stażystkę z działu pogody jednej ze stacji telewizyjnych, która miała zrobić reportaż z otwarcia nowego przedsięwzięcia burmistrza wyspy, przedsięwzięcia, które poniosło porażkę przez wynalazek Flinta, a tym samym ośmieszyło niedoszłą prezenterkę telewizyjną. Maszyna zamieniająca wodę w jedzenie umieszczona przypadkiem w chmurach sprowadza na wyspę deszcz hamburgerów, a następnie zgodnie z życzeniami mieszkańców galaretkę, hot-dogi, frytki, lody, steki, etc. Wszystko to prowadzi do katastrofy spowodowanej nie nadmiarem kalorii (które też dają o sobie znak w postawie postaci burmistrza, który wraz z biegiem wydarzeń staje się coraz większy gabarytowo…), ale nadmiarem odpadków! Finalnie wszystkie dotychczasowe niedocenione przez nikogo wynalazki Flinta powodują, iż z pomocą Sam i innych postaci jest w stanie odwrócić bieg wydarzeń i naprawić zniszczenia spowodowane nadmiarem zmutowanego jedzenia produkowanego przez swoją maszynę.

„Dobry hamburger nie jest zły…”

Przechodząc jednak do właściwej recenzji tej produkcji, oprócz schematów rządzących całą animacją odnajdziemy wiele nawiązań chociażby do „Indiany Jonesa”, „Gwiezdnych Wojen”, czy chociażby do „Dystryktu 9-tego”. Nie są to jednak znane chociażby ze „Shreka” nawiązania słowne, ale całe sceny, które sprawiają, iż mamy wrażenie, że oglądamy któryś raz to samo, tylko w innej formie. Dałoby się to przeżyć, gdyby było to umiejętnie wplecione w fabułę, a nie stanowiło jej podstawę! Oczywiście, motywy te są poddane modyfikacją, jednak nie na tyle, aby było to coś nowego i odkrywczego. Chodzące kurczaki jako obcy w jednej ze scen finałowych? To też już kiedyś było… Armagedon z mięsa mielonego w postaci tytułowych klopsów? Też nic nowego…

Lwią część filmu stanowi wątek rodzinny, któremu autorzy animacji nie poświęcili jednak należytego czasu i również nie prezentuje się on dobrze tworząc wrażenie niepotrzebnych przeciągnięć scen i dłużyzn. Konflikt na linii ojciec-syn jest jednym z najczęstszych konfliktów pokoleniowych prezentowanych na łamach kina. Co więcej, jego zakończenie również można standardowo przewidzieć – ojciec jest dumny ze swojego syna, który finalnie podjął właściwą decyzję. No nic, czy każda animacja musi być w końcu wybitna?…

Filmu nie ratują także polskie dialogi, które stoją co prawda na wysokim poziomie, jednak nie ma tutaj zbyt wielu fragmentów, które mogłoby zapaść w pamięć widzów już po pierwszym seansie. Moim zdaniem żaden fragment tego filmu nie stanie się niestety klasykiem, gdyż na ponowny seans zdecydują się tylko desperaci, którzy nie znajdą w repertuarze swojego kina domowego nic ciekawszego…

„Do wyspy zbliża się lodowe ochłodzenie”…

Jeżeli jednak skupimy się na tym, co „Klopsiki i inne zjawiska pogodowe” miały przekazywać, to odnajdziemy tutaj wiele prawd życiowych, które ciągle pozostają aktualne, jak chociażby to, że marzenia się spełniają, czy też że należy wierzyć w sukces i działać na przekór całemu światu, jeżeli jesteśmy pewni tego, co chcemy osiągnąć i sposobu w jaki do niego dążymy zarówno w sferze naukowej (wynalazki Flinta), jak i w miłości (Flint&Sam). Jeżeli dodamy do tego jeszcze przestrogę przed fałszywymi przyjaciółmi, którzy chcą wykorzystać nas tylko i wyłącznie do własnych celów, czy też przestrogę przed genetycznie modyfikowaną żywnością, otrzymamy film niemalże edukacyjny. Szkoda tylko, iż jego oprawa nie stoi na najwyższym poziomie, a tym samym funkcja edukacyjna nie będzie dostrzeżona przez widza, gdyż to nie ona stoi na pierwszym planie… „Klopsiki (…)” miały być co prawda produkcją rodzinną, na którą warto będzie pójść z dziećmi, jednak do końca nie bardzo wiem, kto jest adresatem tej animacji – ja przez połowę filmu się nudziłem, a i dzieci w wieku szkolnym (podstawówka) nie wypowiadały się najlepiej o tym filmie. Ot, taka bajka na wieczór, jeżeli nie ma pod ręką nic lepszego…

Nie miałem co prawda okazji oglądać tego tytułu w kinie w pełnym 3D, jednak może to i lepiej, gdyż wciskanie na siłę wszędzie gdzie się tylko da trzeciego wymiaru jest moim zdaniem głupotą… Wystarczy, iż wszystkie nowe tytuły oferowane są coraz częściej tylko i wyłącznie w 3D…

„Marzenia czasem się spełniają”… – wystarczy tylko chcieć!

Podpisy pod obrazkami nie są cytatami z filmu, a jedynie twórczością autora ;-)